To nie po katolicku

Nie bądź zaniedbującym siebie męczennikiem codzienności. To nie po katolicku

Marta Łysek 23 sierpnia 2025, 06:00 źródło: https://deon.pl/

Przestań być narzekającym i skwaszonym męczennikiem codzienności.
Trudno mi sobie wyobrazić wypalonego i zgorzkniałego Jezusa, narzekającego w duchu, że musi jeszcze kogoś uzdrowić, a jest już taki zmęczony, i z wiecznymi pretensjami do uczniów, że w ogóle nie doceniają Jego nauki i poświęcenia. Ale wciąż spotykam ludzi, którzy uważają, że właśnie tak należy żyć, gdy się jest chrześcijaninem. Składać z siebie nieustannie ofiarę. Najlepiej całopalną.
Kilka dni temu w pierwszym czytaniu pojawia się córka Jeftego: sędziego Izraela, który miał walczyć z armią groźnego wroga. Wiedząc, że na pewno przegra, w desperacji złożył Bogu ślub dotyczący tego, co pierwsze wyjdzie mu naprzeciw, gdy z Jego pomocą zwycięży i wróci do domu. Polskie tłumaczenie podaje, że obiecał Bogu ofiarę całopalną (sic!), a pierwsza wyszła mu na spotkanie… jedyna córka. W oryginale nie ma jednak mowy o ofierze całopalnej. Jest mowa o ofiarowaniu. Jefte obiecał Bogu, że ktoś, kto wyjdzie mu naprzeciw, będzie poświęcony Bogu i będzie żyć dla Niego – a nie straci życie na Jego cześć. Nasze tłumaczenie każe jednak myśleć inaczej. Dlaczego?

Katolik musi szukać cierpienia i wtedy jest idealny?
Nie wiem, dlaczego tak wielu wierzących jest przekonanych, że musi przez całe życie szukać cierpienia, a jeśli się poświęcać, to dla innych i to zupełnym kosztem siebie – i wtedy jest idealnie. Trochę wynika to ze sposobu, w jaki w Kościele prezentuje się kanon świętych. Pełno w nim ludzi, z których życiorysów kojarzymy tylko jakiś jeden heroiczny moment cierpienia i dokłada się do tego taką cierpiętniczą narrację: musisz wziąć swój krzyż (bo Jezus tak mówi w Ewangelii) i codziennie się dawać ukrzyżować (tak już nie mówi Ewangelia), masz porzucić to, co daje ci radość (tego na pewno nie mówi Ewangelia) i spalać się w swoim powołaniu bez myślenia o sobie i zostawiając dbanie o siebie na koniec (co ewidentnie jest wbrew przykazaniu miłości, czyli znowu: nie mówi tak Ewangelia).
Tak, cierpienie istnieje. Tak, jest w tajemniczy sposób częścią Bożego planu, ale nie po to, by człowiek sam go szukał i sam je sobie zadawał. Cierpienie jest częścią ścieżki z Bogiem, bo odziera z rzeczy niepotrzebnych, uczy pokory, jest niezwykłą przestrzenią spotkania z bardzo bliskim i czułym Pocieszycielem – ale wtedy, gdy samo przychodzi do nas, a nie wtedy, gdy na siłę fundujemy je sobie sami, często bez sensu, przekonani o tym, że to jest warunek zbawienia.

Trzeba umieć odróżnić Boże wyzwania od własnych przymusów
Trzeba umieć odróżnić próby i wyzwania, które Bóg w swojej mądrości stawia nam na drodze, żeby nas doprowadzić w inne miejsce, ukształtować (jak glinę!), zmotywować do koniecznych zmian lub wypróbować nasze zdobyte już umiejętności od sytuacji, w których sami sobie narzucamy przymus spełniania jakichś raniących i zabierających życie oczekiwań, mówiąc sobie, że tego na pewno chce Bóg.
Dobrym przykładem takiej sytuacji jest dla mnie matka dorosłych dzieci, która ma na karku pięćdziesiątkę, jest ciągle zmęczona i zapomniała już, jakie miała marzenia i pasje, ale gotuje dorosłym dzieciom dwudaniowe obiadki, sprząta dom ostatkiem sił po pracy i większość obowiązków bierze na siebie, bo jest przekonana, że tak musi wyglądać jej droga, a utwierdzają ją w tym przekonaniu religijne treści mówiące o matkach, które muszą poświęcać swoje życie dla innych do ostatniego oddechu. Podkręca się to wersetem o tym, żeby „zaprzeć się siebie”. Jakby chodziło o wymazanie swoich potrzeb i stawanie się niewidzialnym, a nie o pracowanie nad swoimi słabymi stronami i wybieranie rozwiązań, które proponuje Jezus, a nie tych, które proponuje nasz egoizm. Co ważne, ten proces „zapierania się siebie” jest (na ogół) łagodny i dopasowany do możliwości konkretnego człowieka. Widać to, gdy się z uwagą, a nie po wierzchu, przeanalizuje te życiorysy świętych. Na ogół w miarę jak pogłębiała się i wzmacniała ich bliska relacja z Bogiem, powiększało się też trudne doświadczenie; im głębiej się zanurzali w Bożej przyjaźni, tym mocniej byli oczyszczani z egoizmu i innych wad. Wszystko się jednak działo powoli i etapami, a procesem zarządzał Bóg.

Wciąż mamy mnóstwo zaniedbujących się męczenników codzienności
Mimo to mamy wciąż mnóstwo męczenników dnia codziennego, wychowanych w przekonaniu, że im bardziej zaniedbują siebie, tym lepiej wypełniają swoje powołanie. Wyrastają z nich katoliccy narzekacze, zmęczeni i skwaszeni ludzie, którzy zapomnieli, czym jest radość z życia, i ze skrzywionym uśmiechem na ustach wykonują swoje domniemane obowiązki stanu, jakby ich powołaniem było stać się ofiarą całopalną, bo tego od każdego dobrego katolika żąda Bóg.
No więc nie. W Piśmie nie mamy: „narzekającego i skrzywionego dawcę miłuje Bóg”, za to jest tam mowa o „radosnym dawcy”. Jezus nie był zajechanym, zmęczonym, wypalonym człowiekiem umartwiającym się przy każdej okazji i wytykającym innym, że zrobili coś dla siebie zamiast dla świata: wręcz przeciwnie, przypominał, że nie da się kochać Boga i drugiego człowieka, jeśli się nie kocha najpierw siebie, czyli nie dba się o dobro dla siebie też, o to, co konieczne do życia w spełnieniu. Próbując Go obrazić, mówili o Nim, że to żarłok i pijak i faktycznie, proporcjonalnie najwięcej „czasu” w opisach ewangelicznych spędził na… ucztach i spotkaniach z przyjaciółmi.
Gdy patrzę na Jezusa, który kochał siebie samego i wiedział, czego potrzebuje do żywego życia, często bywam naraz zawstydzona i zainspirowana. Zawstydzona, bo chciałabym tak jak On doskonale wiedzieć, czego potrzebuję do bycia pełną życia i dbać o to z taką mocą, jak On dbał. Jego priorytetem była bliskość Ojca, więc wyrywał z życia noce na modlitwę albo szedł gdzieś, gdzie mógł być sam, nie przejmując się wymówkami, że znikł, a tu potrzebujący czekają. Najważniejsza relacja nie może czekać! Drugim priorytetem było bycie z ludźmi, rozmowy, spędzanie czasu, budowanie bliskości, przyjaciele, spotkania przy stole i w drodze.

Jezus nie poświęcał każdej sekundy życia dla chorych
Trudno oprzeć się przekonaniu, że choć jako Bóg to On jest życiodajną stroną każdej relacji, to dla Jezusa jako człowieka relacje także były życiodajne… Nie poświęcał każdej sekundy życia na uzdrawianie chorych i przywracanie dobra tam, gdzie pojawił się jego brak. Nie trwał w męce i agonii przez trzydzieści trzy lata, ale przez kilkanaście kluczowych godzin. Ale to nie przeszkadza katolikom w życiu zupełnie odwrotnie, a nauczającym katolików – w głoszeniu cierpiętnictwa jako warunku wejścia do Królestwa.
A zainspirowana jestem, bo to właśnie Jezus najczęściej mi przypomina, że troszczę się o zbyt wiele, a wcale tyle nie potrzeba. Że chcę czasem dogodzić wszystkim, zrobić więcej, usmażyć jeszcze ten stos racuszków dla wszystkich, choć padam z nóg, a do tego coś mnie nieustannie kusi, żeby się jeszcze tym chwalić: jaka to jestem zmęczona, a jak się jednak poświęcam. Kolejny krok to pretensje do ludzi wokół, że tego nie doceniają, tego mojego „heroizmu”, a jeszcze kolejny – pretensje do Boga, że takie mi ciężkie powołanie dał, bo nie ma kiedy żyć, gdy trzeba wszystko zaopiekować.
Widzę ludzi, którzy na tej kiepskiej ścieżce są dużo dalej i bardzo, ale to bardzo nie chcę tam dojść, bo czuję, że to wcale nie jest po Jego myśli: bycie zgaszonym, smutnym, przepracowanym człowiekiem, który nieustannie spełnia obowiązki i nie ma siły zachwycić się zachodem słońca, pyszną kawą ani spotkać z przyjaciółmi, bo ciągle odczuwa przymus rezygnowania z siebie dla innych, nawet gdy ci inni wcale o to nie proszą ani tego nie potrzebują. Jestem coraz bardziej przekonana, że ten przymus to jedna z największych pokus przeciwnika, którego nic bardziej nie cieszy niż to, że marnujemy sobie życie, a finalnie zwalamy winę na Stwórcę i obowiązkowe „poświęcenie”.
Poświęcenie ma przynieść więcej życia, a nie więcej zajechania
Poświęcenie znaczy, że jesteśmy bardziej święci. Czyli że jesteśmy blisko tego, który jest Życiem, a więc bardziej żywi, a nie bardziej umierający. I myślę, że kiedyś wiele osób bardzo się zdziwi, że zajeżdżało się na swoje własne, a nie na Boże życzenie. I że Bóg chciał, żeby żyli, a nie wegetowali. I że często nasze „katolickie” przekonania są po prostu zestawem religijnie podpartych cudzych oczekiwań, a nie prawdziwym Bożym planem na nasze życie.

Autor: Marta Łysek

 

Przejdź do treści