A kiedy już się nawrócę, to co dalej?

Jakub Kołacz SJ 5 marca 2025 źródło: https://deon.pl/

Wsłuchując się w przekaz typowych kazań można odnieść wrażenie, że zasadnicza treść naszego chrześcijańskiego przesłania opiera się na wezwaniu do nawrócenia. I rzeczywiście, coś w tym: tak robił Jan Chrzciciel, tak robił sam Jezus – naśladując ich, tak samo robi Kościół. Ale mimo wszystko wielu z nas zadaje sobie pytanie: a kiedy już się nawrócę, to czy nie powinienem trochę zwolnić i ucieszyć się tym, co udało mi się osiągnąć?
Rzeczywiście, ciągłe nawoływanie do nawrócenia może stać się pułapką, która nie tylko nic nie daje, ale sam religijny przekaz ośmiesza. Ale zacznijmy od początku.

Dlaczego Jezus wzywał do nawrócenia?
Aby odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie, trzeba najpierw zdać sobie sprawę z duchowej kondycji społeczeństwa, w którym Nauczyciel z Nazaretu żył i działał. Otóż nie brakowało w nim ludzi głęboko religijnych, a sprawy Boże były codziennymi sprawami ówczesnych Izraelitów. O Bogu mówili, o Boga się spierali, z jego zdaniem i przykazaniami liczyli się na co dzień. Jednak ludzka krnąbrna natura robiła swoje i niejednokrotnie balansowali między poprawnością moralną a realizowaniem własnych celów. Jezus ostro piętnował takie postawy, (pokrętne interpretacje prawa, aby nagiąć je do własnych korzyści) bez ogródek nazywając je obłudą. I między innymi dlatego nawoływał do nawrócenia. Obejmowało ono zarówno tych, którzy Bogiem w ogóle się nie przejmowali, jak i tych, którzy z „Bogiem na ustach” robili rzeczy, którymi Bóg się brzydził. W nawróceniu chodzi o prostą rzecz: o skupienie się na Bogu, w które angażuje się serce – czyli cała sprawa sprowadza się do tego, żeby Boga pokochać.

A jeśli się człowiek „od-kocha”?
Niestety, taki scenariusz także jest możliwy. Wystarczy spojrzeć na dwunastego apostoła – Judasza. Jak wszyscy inni usłyszał on wezwanie: „Pójdź za mną” i tak samo jak pozostali zafascynował się tym wezwaniem. Z czasem jednak inne rzeczy stały się dla niego ważniejsze, a on sam rozczarował się Jezusem. Podobnie jest z nawróceniem: ponieważ często dokonuje się ono w atmosferze euforii, z upływem czasu ta euforia stygnie, ustępując miejsca szarej rzeczywistości. Jeśli nie dba się o wewnętrzny żar fascynacji Bogiem, ten z pewnością przygaśnie, a człowiek konsekwentnie zacznie spoglądać ku innym wartościom i szybko może dojść do sytuacji, kiedy znów będzie potrzebował… nawrócenia.

Ale czy tak musi się stać?
No właśnie wcale nie musi tak być! Wszystko zależy od tego, w jakim duchu dokona się to „pierwsze” nawrócenie: czy będzie tylko zmiana postępowania, czy będzie to zmiana myślenia, czy może ostatecznie będzie to przemiana serca. Wspomniany już Judasz poszedł za Jezusem, ale szybko zorientował się, że ten nie tylko nie realizuje jego własnych pragnień, ale wręcz pragnieniom tym szkodzi – dlatego zdecydował się usunąć go (dosłownie: wyeliminować) ze swego życia. Piotr poszedł za Jezusem i na tej drodze naśladowania Nauczyciela był bardziej aktywny niż inni – jednak raz po raz przejawiał skłonności do „wychodzenia przed szereg” i podpowiadania Bogu, co ten powinien robić. Dlatego w Ewangelii kilka razy widzimy go w sytuacji, gdy znów potrzebuje… nawrócenia. Apostoł Jan wydaje się najbardziej pozytywną postacią: szedł zapatrzony w Jezusa i nigdy się od niego nie oddalił. Podobnie Maryja: kiedy raz w obecności anioła obiecała, że będzie kochała Dziecko, do końca była wierna tej obietnicy. W przypadku tych dwojga ciągłe nawoływanie do nawrócenia byłoby bardzo nie na miejscu. Bo nawrócenie do sprawa… serca.

Uciesz się! Podziękuj! Trzymaj się dzielnie!
Niestety, jeśli wezwanie do nawrócenia nie jest komunikatem spersonalizowanym, lecz ogólnym wezwaniem do życia bardziej moralnego, może trafić w pustkę. Wtedy bardziej niż o złym życiu tego, do którego się przemawia, świadczy raczej o niesprecyzowanej frustracji samego kaznodziei. Albo o tym, że on sam nie kocha wystarczająco Boga, bo nie potrafi mówić o radości bycia uczniem. Ten, kto naprawdę się nawrócił, powinien ucieszyć się z faktu, że odnalazł Boga, a następnie starać się nigdy tego skarbu nie stracić. W duchu przypowieści o siewcy: kiedy ziarno łaski padnie na dobrą glebę, wtedy jedyną kwestią pozostaje, jak doprowadzić do obfitych plonów. Bo wiadomo, że plon będzie – tylko pytanie: trzydziesto, sześćdziecięcio, czy stokrotny? Nawoływanie do nawrócenia „nawróconych” byłoby gorzką kpiną z pracy, jaką Bóg już wykonał w duszy człowieka. Ktoś, kto nie potrafi ucieszyć się z działania Boga we własnej duszy, na zawsze pozostanie duchowo zgorzkniałym i będzie kiepskim apostołem. A skądinąd wiemy, jak trudno jest żyć z kimś, komu ani człowiek, ani nawet Bóg nie może dogodzić.

Autor: Jakub Kołacz SJ

 

Przejdź do treści