Czas kazań i moralizatorstwa się skończył
Marta Łysek 22 marca 2025, 06:00 źródło: https://deon.pl/
Potrzebujemy formacji sumienia, nauki patrzenia zgodnie z bożymi wartościami, a nie łajania i moralizatorstwa.
Czym się różni kazanie od homilii? W kazaniu wykorzystuje się Ewangelię, by pouczyć ludzi, jak mają wybierać. W homilii wyjaśnia się Ewangelię, by ludzie mogli nauczyć się wybierać sami.
Kazanie jest rybą, homilia – wędką. Potrzebujemy wędek. Nasz Kościół dotarł do punktu, w którym nie działa już stare, dobre moralizowanie i szczegółowe pouczanie ludzi, jak mają wybierać, postępować, żyć. To duża zmiana, bo jeszcze kilkadziesiąt lat temu ludzie czekali na to, by ksiądz z ambony dał instrukcję, co jest właściwe, a co nie. Jaki film oglądać, na kogo głosować, gdzie nie chodzić. Teraz już na to nie czekają.
Czy to objaw buntu? Nie. To objaw wchodzenia w dorosłość. Nikt nie może w nieskończoność być dzieckiem, choć to wygodne, bo tyle decyzji i spraw ktoś za ciebie podejmuje. Część z nas utknęła w tej wygodzie i to się nie zmieni. Ale duża część nie potrzebuje już, by ksiądz podpowiadał, który kandydat jest wart uwagi, a który nie, która książka dobra, a która „nie dla katolików”. Ludzie chcą czego innego: formacji sumienia, nauki patrzenia zgodnie z bożymi wartościami, bo kto to potrafi, podejmie dobrą decyzję nawet wtedy, gdy obok nie będzie księdza mówiącego, co zrobić i jak. W taki model celował Jezus, zakładając, że rybacy, poborcy podatkowi i inni nieuczeni w Piśmie są w stanie nauczyć się tego, jak współdziałać w Bogiem, przebywając z Jezusem i nabierając Jego nawyków i Jego optyki. Kluczem jest relacja z Jezusem. I za nią tęskni nasz obecny Kościół.
Widzę to i czuję, gdy obserwuję ludzi słuchających niedzielnej nauki. Gdy ksiądz z ambony odkrywa dla nich Ewangelię, wyjaśnia jej sensy, dzieli się swoimi odkryciami, które mówią o tym, kim jestem ja, kim jest Bóg, po co nam żywa relacja i do czego prowadzi – Kościół jest zasłuchany. Kościół jest uważny. Kościół jest skupiony. Takie słowo procentuje w życiu ludzi, zmienia je. Gdy zaczyna się mowa pouczająca, potępiająca konkretne postawy, wytykająca błędy, mowa przeciwko tym, których nie ma – uszy Kościoła się zamykają. Nie ma już skupienia na treści, jest skupienie na tym, żeby wytrzymać do końca. A dalej – nie ma duchowej zmiany. Jest stagnacja i rozczarowanie.
Czasy wielkiego autorytetu całego duchowieństwa się skończyły: trudno nie widzieć, że przyłożyło się do tego samo duchowieństwo, a konkretnie ta jego część, która nie dba o swoją wierność, świętość i mądrość. Ale nie żyjemy w czasach, w których skończyło się zapotrzebowanie na autorytety i przewodników. Wciąż ich szukamy i cenimy w Kościele tych ludzi, którzy są przed nami o kilka, kilkanaście kroków, mówią mądrze, dzielą się głębokim rozumieniem Pisma Świętego i wziętymi z niego podpowiedziami, jak żyć, żeby to życie było spełnione.
Internet mocno wspiera ten kościelny proces doboru naturalnego. Co jakiś czas pojawia się w sieci kolejny duchowny, który sensownie wyjaśnia Słowo Boże i daje wędkę zamiast starej ryby. Swoim głoszeniem pomaga ludziom wierzącym wchodzić w dorosłość wiary i nie wpędza ich w poczucie zażenowania poziomem nauki, nie głosząc przy tym wygodnych herezji. Niektórych księży dziwi i szokuje nagła popularność kolegi i jakby wcale nie myślą o tym, że gdyby się do swojej roboty przyłożyli bardziej i darowali sobie moralizatorskie kazania na rzecz homilii, „ich ludzie” nie musieliby szukać daleko w sieci.
Jestem w tej dobrej sytuacji, że w mojej parafii głoszone są na ogół homilie, nie kazania. Ale gdy gdzieś w Polsce zdarzy mi się jednak wysłuchać rasowego, moralizatorskiego kazania w starym złym stylu, patrzę na reakcję ludzi i widzę, jak bardzo mają dość. Bo my, wierni w Kościele, wciąż chcemy dobrej nauki: ale nie pouczania i łajania, tylko wyjaśniania, jak mądrze w życiu decydować, czym się kierować, jak rozumieć Boży pomysł na świat. W tym pomagają homilie wyjaśniające Słowo Boże. Kazania już nie.
Autor: Marta Łysek