Dni Judaizmu

Grzegorz Kramer SJ; 18 stycznia 2026; źródło: https://www.facebook.com/search/top?q=grzegorz%20kramer

Uczę w szkole. I jak każdy, kto przebywa z dzieciakami, co jakiś czas słyszę pytanie: „a po co mamy się tego uczyć”. Ostatnio słyszałem je w kontekście tabliczki mnożenia, argumentem było to, że dziś każdy ma kalkulator, że mamy komputery, że nie ma potrzeby uczenia się tego, co i tak może za nas zrobić coś innego. Rzecz w tym, że w matmie nie chodzi tylko o podanie wyniku, ale o cały proces myślowy. O uczenie się myślenia logicznego, ćwiczenie wyobraźni. To dzieje się „jakby obok”, człowiek nawet nie zauważa tych zdolności. Podobne doświadczenie miałem podczas studiów filozoficznych. Wydawało mi się na ich początku, że zbędną sprawą jest czytanie o filozofii starożytnej, czy przerabianie poglądów (a wiązało się z tym czytanie i studiowanie ich dzieł) filozofów średniowiecznych czy nowożytnych. A jednak, po czasie, dostrzegłem, że nie chodzi tylko o znajomość poglądów tego, czy innego filozofa, ale o to, co działo się „obok”. O umiejętność myślenia, wyciąganie wniosków, wyrabianie swojego zdania, formułowanie zdań, zasób nowych słów.
W Kościele, każdego roku, kiedy obchodzimy Dni Judaizmu, pojawiają się pytania: „a po co to, czy oni, u siebie, świętują dni katolicyzmu”. Po pierwsze chrześcijaństwo to nie jest myślenie na zasadzie: robimy innym to, co oni nam robią (dobrze czy źle). Po drugie to my – chrześcijanie, katolicy, żeby dobrze rozumieć, to w co wierzymy, musimy znać swoje korzenie. Jak zrozumieć Eucharystię, znaki i słowa, w niej zawarte, jeśli nie będziemy dobrze znać historii Żydów? Ich wyjścia z Egiptu, paschy, kultu świątynnego? Jak chcemy zrozumieć mentalność Jezusa i bohaterów Ewangelii, nie znając kontekstu, w którym oni wyrośli i jaką wiarą żyli?
Niestety idąc w uproszczenia, jak dzieci w szkole, nie tylko nie nauczymy się „wyników”, ale nie zdobędziemy umiejętności szerokiego myślenia. A wtedy w wierze, również w katolicyzmie, pojawia się fundamentalizm, który nie ma nic wspólnego z ewangelizacją, jest próbą siłowego narzucenia innym swoich przekonań. I nie trzeba do tego fizycznej broni.
Nie da się wierzyć mądrze, bez poznania swojej wiary i jej korzeni, które nie są tylko jakąś teorią, ale są żywą cząstką tego, w co i jak wierzymy dziś.
Brak spotkania z tymi, którzy są uosobieniem naszych korzeni prowadzi do grzechu antysemityzmu. Znacie ten fragment Ewangelii, w którym Jezus mówi o strząśnięciu prochu z butów, znacie nie? Tłumaczy się go w ten sposób, żeby nie tyle gardzić swoim rozmówcą, ale by nie zabierać ze sobą zła. Raz w życiu zrobiłem to świadomie. Któregoś roku, podczas kolędy. Spotkałem się wtedy z dwoma kobietami, jedna z nich (córka) siedziała pod obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. W pewnym momencie zaczęły mówić, że Żydzi niszczą nasz kraj i Kościół, oskarżać ich o najgorsze rzeczy. Gdy tak nawzajem się nakręcały, zapytałem, czy mogę coś powiedzieć, gdy zorientowały się, że ja tam siedzę, powiedziałem tylko, zwracając się do córki: siedzi pani pod obrazem dwojga Żydów: Miriam i Jezusa. Ja wierzę, że ten Żyd jest Synem Boga, a ta Żydówka Go urodziła. Usłyszałem tylko: to był wyjątek. I znów zaczęły swoją tyradę. Podziękowałem za przyjecie, pożegnałem się i wyszedłem. Być może wtedy przegrałem, może powinienem coś jeszcze powiedzieć, nie wiem. Ale to wydarzenie mocno mnie utwierdziło w tym, co tu piszę, że brak znajomości i wspólnej modlitwy sprawia, że pojawia się nienawiść. De facto do siebie samych, do swoich korzeni.
Dni judaizmu nie są potrzebna Żydom, ale są potrzebne nam – chrześcijanom i katolikom. A przestrzeń modlitwy z Żydami może nas nauczyć pokory, że Bóg nie jest „nasz”, ale do Boga wszyscy należą. A tego bardzo nam potrzeba.

 

Przejdź do treści