Dramat Nazaretu jest również naszym dramatem
Wojciech Żmudziński SJ 26 marca 2025, 09:08 źródło: https://deon.pl/
Jak czuje się człowiek odrzucony przez tych, z którymi dorastał? Tęsknota za rodzinnym domem, do którego nie można wrócić, jest dramatem, którego nikt nikomu nie zazdrości. To tragedia, jakiej doświadczył Jezus z Nazaretu.
Jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń z początków publicznej działalności Jezusa, opisanych przez ewangelistów, jest moim zdaniem reakcja mieszkańców Nazaretu na słowa Mesjasza wypowiedziane w lokalnej synagodze (Łk 4,24-30). Jezus najprawdopodobniej miał świadomość, że nie będzie oklaskiwany. Uderzył bowiem w słaby punkt pobożnych ludzi, dumnych ze swojego miasta. Czy serce mocniej Mu biło, gdy wchodził na mównicę? Czy przeczuwał, co się wydarzy, gdy dostrzegł w ludzkich twarzach dezaprobatę? Czy nie obawiał się, że po wypowiedzianych słowach, nikt już nie będzie szanował Jego najbliższej rodziny?
„Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się” (Łk 28-30). Wyobrażam sobie, że nie było w Nim złości, że nie stawiał oporu.
Co takiego powiedział, że mieszkańcy Nazaretu zareagowali tak emocjonalnie i porywczo? Dlaczego unieśli się gniewem, wyprowadzili Go i chcieli zabić? Czym tak bardzo zdenerwował ludzi zgromadzonych na modlitwie?
Ich zdaniem Jezus napluł na swój własny naród, na ludzi wśród których się wychował. Dał im do zrozumienia, że nie są godni, by działy się wśród nich cuda. Inne narody są bardziej godne, bo mają ludzi sprawiedliwych, takich jak Syryjczyk Naaman, czy wdowa z Sarepty Sydońskiej. Natomiast w naszym narodzie, żaden prorok nie jest szanowany. Trudno się temu dziwić. Prorocy krytykowali swoich i przez to cierpieli od swoich. Jezus przypomniał, że marna jest ich wiara. Nie opiera się ona na przywiązaniu do Boga, lecz na wynoszeniu się ponad innych.
Nie zrozumiemy wagi słów Jezusa póki nie odniesiemy ich do siebie i do naszego stosunku do ojczyzny. Każdy, kto będzie wytykał nam wady, jak czynili to prorocy, i mówił, że nie zawsze staliśmy wszyscy po właściwej stronie, usłyszy z pewnością, że jest zdrajcą, że nie jest patriotą, sprzyja obcym i zagraża bezpieczeństwu.
A o obcych, czyli głównie o migrantach, mówimy, że dopuszczają się w naszym kraju wielu przestępstw. Tak, to prawda, ale prawdą jest również to, że to kropla w morzu w stosunku do okrucieństw, jakich dokonują nasi rodacy, również wobec dzieci. Gdy ktoś nam takie rzeczy mówi, reagujemy podobnie emocjonalnie jak mieszkańcy Nazaretu. Gdy widzimy, że lepiej powodzi się w naszym kraju obcym niż niektórym ubogim polskim rodzinom, gdy obcy doświadczają Bożej łaski, a my nie, to nóź się nam w kieszeni otwiera. Czy my, wierni tradycji, nie zasługujemy na cud? Zdrajcy i nierządnice mają wejść przed nami do królestwa Bożego? Czy takie słowa nas nie bolą? Czy nie rodzi się w nas złość i bunt, jak w sercach mieszkańców Nazaretu?
Z drugiej jednak strony nie jesteśmy nawet narodem wybranym, a uważamy się za lepszych od Niemców i Rosjan. Krytykujemy puste kościoły we Francji, ale nie dostrzegamy żywej wiary w ruchach katolickich, które tam powstają. Czy możemy być dumni z naszej religijności?
Nie przeczę, że Bóg kocha nas tak wielką miłością, jaką kocha ludzi każdego narodu. Ale czy my kochamy Boga, czy może tylko Jego obraz, który sobie sami stworzyliśmy i którego bronimy od wieków ogniem i mieczem? Czy dostrzegamy w naszej ojczyźnie proroków, którzy bywają niewygodni? Chyba nie wszyscy jeszcze pomarli. Czy docierają do nas słowa krytyki? Czy z pokorą słuchamy ich? Czy wyciągamy z nich wnioski na przyszłość, czy raczej reagujemy jak obrażeni mieszkańcy Nazaretu, popadamy w nacjonalizm i wykluczamy z naszego grona tych, którzy dobrze o nas nie mówią, którzy nas nie chwalą. Prośmy Boga o pokorę, abyśmy nie wynosili się ponad inne narody.
Autor: Wojciech Żmudziński SJ